© AQUARIUS    http://try2befree.wordpress.com

 

Dzisiaj można było przeczytać w Internecie artykuł, którego autor rozlicza z pracy typową „biurwę”. Nie tylko polską. Zapewne gdzieś takie wypadki się zdarzają, skoro jest statystyka. Chciałabym jednak zaprotestować przeciwko uogólnianiu i wrzucaniu wszystkich urzędników/urzędniczek, o, pardon, wszystkich „biurw” do jednego worka. Oto wydarzenia, których byłam niedawno świadkiem.

 

Z miasta odległego o kilkaset  kilometrów przyjechała moja rodzina, aby stawić się w sądzie na sprawę o stwierdzenie praw do spadku. Niestety, już na samej rozprawie okazało się, że w załączonych dokumentach istnieje błąd, który należy sprostować, w przeciwnym razie sąd nie może podjąć ostatecznej decyzji.  Uprzejma pani sędzia poinformowała nas, od czego należy prostowanie błędu zacząć i poprosiła, abyśmy koniecznie dali znać jeszcze w tym samym dniu, czym zakończyły się nasze starania. Pobiegliśmy więc – pełni najgorszych przeczuć i obaw, że nic nie uda się załatwić – do USC.  Byłam jedyną, która myślała pozytywnie i starałam się zmobilizować upadającego w rodzinie ducha : „nie myślcie o tym, czego nie możecie zrobić, a skupcie się na tym, co może się udać” – prawie krzyczałam  na zrezygnowanych krewnych.

W archiwum USC kilka obecnych tam „biurw” wręcz  rzuciło się z pomocą. Potrzebne  dokumenty znaleziono z prędkością światła. Nie zdążyłam nawet wypełnić wniosku o wydanie dokumentu.  Mój kuzyn już patrzył zdumiony na zegarek i pytał „w jakim kraju się znajduję?”

Następnie zaprowadzono nas do osoby, w której rękach leżało wydanie tzw. „decyzji administracyjnej”. Tu zakotwiczyliśmy na dłużej, bo „aż” na niecałe dwie godziny.  Pani była niezmiernie dokładna i co rusz dokładała jeszcze nowe wątki do podania, które musieliśmy napisać.

 

„Sprawdzam wszystko dokładnie, aby państwo mieli sprawę załatwioną dobrze i do końca”.

„Nie chciałabym popełnić błędu, aby państwo nie musieli ponownie występować o zmianę”

„Robię dobrze i dla siebie, bo jak załatwię sprawę do końca, to państwo już do mnie z tą sprawa nie wrócą”.

„W normalnym trybie czas na załatwienie takiej sprawy jest dłuższy, ale widzę, skąd państwo przyjechali, więc chciałabym wszystko załatwić od ręki, aby państwo nie musieli się drugi raz fatygować taki szmat drogi”.

 

Tak argumentowała dokładność, z jaką sprawdzała wszystkie dokumenty. W końcu pobiegła z teczką papierów do podpisu i wróciła niebawem z gotową i podpisaną decyzją administracyjną, dzięki której wydano nam poźniej poprawiony odpis aktu urodzenia.

Na moje pytanie, czy decyzja nie musi się uprawomocnić, podsunęła do podpisu oświadczenie, że nie będziemy od decyzji się odwoływać, co w oparciu o przepis „taki to a taki” czyni decyzję prawomocną z chwilą podpisania.

Rodzinka moja nie mogła wyjść z podziwu, a ukłonom i podziękowaniom nie było końca.

 

To jednak nie wszystko. Z poprawionym odpisem aktu urodzenia wróciliśmy do pani sędzi, tak jak nam poleciła.

Sędzia zapytała, co udało się nam załatwić. Przedstawiliśmy poprawiony dokument.

„O, świetnie, to udało się bez konieczności wydawania decyzji administracyjnej? – zapytała.

My: „Nie, decyzja była potrzebna”.

„Udało się państwu to załatwić od ręki?” – nie kryła  zdziwienia sędzia.

My: „Tak, mieliśmy szczęście”.

„Ale decyzja się musi uprawomocnić!” – nie dawała za wygraną.

My: „Tak, ale jest prawomocna na mocy przepisu „takiego a takiego” z chwilą podpisania…”

Sędzia na to – nie kryjąc zdumienia i podziwu  : „Muszę powiedzieć, że jesteście państwo bardzo przedsiębiorczy!”.

Sprostowaliśmy. To NIE MY.

 

To TZW BIURWA , a raczej BIURWY – czyli wszystkie osoby w urzędzie, które po kolei szukały, analizowały, pisały, podpisywały. Nawet nie zdążyliśmy dobrze rozwinąć tematu i prosić o szybkie załatwienie, jak one już wiedziały o co chodzi.

Mam nadzieję, że nie wezmą mi za złe określenia „biurwy”, które tylko i wyłącznie nawiązuje do dzisiejszego artykułu w Internecie.

Panie z USC w moim mieście nie wpisały się w szablon biurwy. Są jego absolutnym zaprzeczeniem.

 

Pani sędzia okazała się równie sprawna i szybka. Wznowiła rozprawę i jeszcze w tym samym dniu wydała postanowienie, po które moja rodzina przyjechała.

 

Całe zamieszanie trwało kilka godzin więcej, niż przewidywaliśmy, ale biorąc pod uwagę komplikacje z dokumentami, byliśmy wręcz szczęśliwi, że uniknęliśmy wielu miesięcy korespondencji i przesyłania dokumentów z lewej na prawą i prawej na lewą; że ominęło nas czekanie na kolejny termin rozprawy, o kosztach i trudach ponownej podróży już  nie wspominając.

 

Opisałam to wydarzenie z kilku powodów.

- Nie lubię, jak ktoś generalizuje, jak robi „urawniłowkę”, jak pogardliwie odnosi się do innych, jak wrzuca „do jednego wora”. Temu jestem i zawsze będę przeciwna.

- Protestuję przeciwko obiegowemu stwierdzeniu, że „panie w biurze tylko siedzą i piją kawę”. Sama znam „biurwy”,  które są tak obciążone pracą, że nie mają czasu na załatwienie potrzeb fizjologicznych przez dłużej niż osiem godzin dziennie .

- Chciałabym w jakiś sposób „zadośćuczynić” i podziękować paniom z  miejscowego USC. Nawet, jeżeli tego żadna z nich nie przeczyta.

- Korzystam z wolności słowa. Ktoś mógł „naskarżyć” i „oczernić” – a  ja  mam prawo bronić i „wybielić”.

Taki lajf  :–)

 

Pozdrawiam wszystkie NIE „typowe BIURWY” z całego świata :–)