Kilka dni temu znajomy pożalił się, że po raz drugi nie zdał na placu manewrowym egzaminu na prawo jazdy samochodem z przyczepą, bo dostał taki typ przyczepy, z którą nigdy podczas nauki nie jeździł.
Całkiem słuszne podejście egzaminatorów. Co by bowiem było, gdyby wsiadł do auta z nieznaną przyczepą, i spowodował wypadek?
To samo dotyczy lekarzy. Co prawda nie każdy z nich (i oby takich jak najmniej) jest równie utalentowany, wnikliwy i dokładny, jak inni, ale studia lekarskie uchodzą za jedne z najtrudniejszych (nie tylko z uwagi na sam przedmiot) i choćby dlatego dają nadzieją, że lekarz będzie leczył, a nie uśmiercał. Albo – w wersji łagodnej – był jak „placebo” – czyli przynajmniej neutralny dla chorego i stosował się do zasady „po pierwsze: nie szkodzić”.
A co z rodzicami?
Ostatnio coraz częściej jesteśmy wstrząśnięci kolejnymi przypadkami maltretowanych dzieci, nierzadko ze skutkiem śmiertelnym.
DLACZEGO do tak ważnej misji, jaką jest wychowanie nowego człowieka, nie trzeba przejść kontroli i zdać ciężkich egzaminów?
Szkoła w swoim programie ma przedmioty, które temat powinny przybliżyć.
Narzeczeni uczęszczają do parafialnych szkół na „nauki przedmałżeńskie”.
Rodzicom oczekującym dziecka oferuje się szkoły rodzenia.
I co?
Wciąż zdarzają się przypadki, kiedy dziecko – właśnie z przypadku – jest złem koniecznym, takim piątym kołem u wozu. A w najlepszym razie – źródłem „becikowego”, które można, na przykład, przepić.
Trwa walka o życie poczęte. Za to niemowlęta, które inaczej, jak płaczem, nie potrafią wyrazić swojego protestu, a nawet dzieci kilkuletnie, które, chociaż potrafią mówić, ale „jak ryby nie mają głosu”, zdane są już tylko na siebie. Bo powiedzieć – że zdane są na rodziców – oprawców (albo co najmniej na rodziców bezmyślnych) byłoby śmieszne. Ci zadufani w sobie egoiści, widzący tylko siebie i własne interesy, mają w nosie, co z ich pociech wyrośnie (o ile pociechy dożyją wieku dorosłego). W ich polu widzenia nie znajduje się dziecko, a jeśli przez przypadek w to pole wejdzie, z niecierpliwością jest usuwane jako przeszkoda. Ręką, nogą, kablem….
Potem ci sami dorośli dziwią się i pytają z wyrzutem: „…skąd ty się taki/taka wziąłeś/wzięłaś ?”
Dzisiaj DZIEŃ DZIECKA. Wszyscy – może nawet i ci mniej troskliwi rodzice – sprawiają dzieciom prezenty. A ja chciałabym zrobić prezent wszystkim RODZICOM.
Oto dla Was: PUDEŁECZKO NA ANIELSKĄ CIERPLIWOŚĆ.
Dostałam je niegdyś, w czasach wielkiego stresu panoszącego się w pracy, od zaprzyjaźnionej osoby.
POMAGA, naprawdę!
Dzielę się nim więc ze wszystkimi rodzicami, życząc, aby NIGDY nie brakło im cierpliwości dla własnych (i nie tylko) dzieci.
