Dzieci są naszą przyszłością.

Nie tylko dlatego, że muszą zarobić na emerytury dla starszych od nich.

Młodzi  są dociekliwi. Szukają nowych rozwiązań. Bezkompromisowo bronią swoich ideałów. Niosą optymizm. Chętnie podejmują nieszablonowe wyzwania.

To ich “bunt” przeciwko rutynie pozwala wyjść poza ustalone ramy. Odkryć NOWE.

Są inwestycją, nas wszystkich, na przyszłość.

Powinniśmy dbać, by wyrastali na dobrych ludzi. Zapewnić im ku temu jak najlepsze warunki.

Należy więc pochylić czoła nad wypowiedzią jednej z ważniejszych osób w Polsce.

Jeżeli dzięki jej determinacji i działaniom ŻADNE dziecko  nie będzie głodne – pozostaje tylko przyklasnąć i pochylić czoła. Jestem ZA.

 

Niestety, nie wierzę, że dzięki tym działaniom osoby “wysoko postawionej” skończy się zjawisko żebrania przez dzieci. W pamięci mam parę przypadków, z którymi się zetknęłam.

 

Lata osiemdziesiąte.

Systematycznie w weekendy, a latem i częściej, od drzwi do drzwi chodzi chłopiec, lat około dziesięć, jedenaście. Prosi o “coś do jedzenia albo pieniądze”. Tracę mowę z wrażenia.

Jak to – myślę – jakże ciężko musi mu być tak chodzić i żebrać. Próbuję więc go podpytać – dlaczego, co się stało, i tak dalej.

Chłopiec podaje nazwę szkoły, do której chodzi. Mówi o trudnościach w rodzinie, o biedzie. Latem, kiedy szkoła nie zapewnia obiadów, jest najgorzej. Chcę pomóc. Wraz z rodziną uruchamiam możliwe znajomości, aby dotrzeć do jego szkoły i upewnić się, że wszystkie dostępne instytucje mu pomogą. Jednocześnie, przez zupełny przypadek,  dowiaduję się, że syn koleżanki chodzi do tej samej szkoły. Rzeczywiście, w jego klasie jest uczeń, którego sytuacja odpowiada historii opowiedzianej przez chłopca. 

Zdeterminowana docieram do dyrektora szkoły i proszę o dołożenie wszelkich starań i opiekę nad chłopcem, aby nie musiał już nigdy się upokarzać.

I co?

Okazuje się, że chłopiec, który “chodzi po prośbie”, opowiedział historię swojego kolegi z klasy. Wykorzystał cudzą historię, aby wzbudzić współczucie i uzyskać większy  “dochód”.  Nie twierdzę, że nie był biedny i nie potrzebował wsparcia. Tyle, że tym kłamstwem podważył wiarę w swoje słowa. I – co ważniejsze – sam tej maskarady chyba nie wymyślił…

 

W tym czasie jego “konkurencją” był chłopak kilkunastoletni, bliżej “szesnastki” niż “dwunastki”.

Towarzyszyli mu dwaj dorośli mężczyźni, którzy czekali przed budynkiem i zbierali wyżebrane produkty. Na delikatną sugestię, że za wykonaną pracę zarobiłby więcej – chłopak nie zareagował. Przestał się jednak pojawiać.

Od pewnego czasu chodzi też matka z dwójką dzieci. Systematycznie, zazwyczaj w weekendy. Dzieci już podrosły, a starsze z nich wygląda na zupełnie dorosłe. Ludzie dają, i owszem, czasem pieniądze, a najczęściej żywność.

Zdarza się jednak, że bułka czy kanapka ląduje w kącie. Może nie była wystarczająco smaczna?

 

Dręczy mnie ten temat, bo żebranie nie jest najlepszym wzorcem dla młodych ludzi. Uczy, że można żyć z dobroci innych. Jednocześnie nie robiąc nic twórczego, nie rozwijając się. Zamyka tym samym drogę do szansy na lepsze.

 

Ileż razy, zimą, w weekend, kiedy niespodziewanie spadł śnieg w ilości przekraczającej normy, przydałoby się, aby ktoś odśnieżył chodnik. Sprzątaczki w weekend nie pracują. Jest jednak wiele osób, które ucieszyłby dodatkowy grosz. Sama zapłaciłabym komuś, kto odgarnie śnieg sprzed mojego garażu . Z wdzięczności, że sama nie będe musiała, kiedy wracam z pracy późnym wieczorem skrajnie zmęczona, machać łopatą zamiast biec do domu na spóźnioną obiado – kolację.

Ale – gdzie tam! Na propozycję pracy w zamian za zapłatę – wszyscy “proszący” tylko wzruszają ramionami.

Czas biegnie, i dzieci żebrzące dzisiaj staną się za chwilę dorosłymi bezrobotnymi, którzy w dalszym ciągu będą prosić o “coś do jedzenia lub parę groszy na jedzenie” (oczywiście ze wskazaniem na to drugie).

 

Mam w życiu widocznie trochę szczęścia, bo udało mi sie utrzymać moje miejsce pracy. Wiem też, ile mnie to kosztuje. Ile czasu “ponad normę” poświęcam pracy. Ile spokojnych chwil uciekło. Ile godzin nieprzespanych, bo stres i bicie serca. 

Czasem jednak ręce mi opadają, kiedy wieczorem, przed supermarketem, kompletnie odmóżdżona i fizycznie zwiędnięta po całodziennej harówce ładuję moje “późno wieczorne” zakupy, podchodzi do mnie mężczyzna, młodszy ode mnie i (przynajmniej na oko) wyglądający na całkiem silnego, i prosi o wsparcie.  Przyznam, że już zdarzyło mi się powiedzieć “przepraszam pana bardzo, ale ja na te moje zakupy bardzo ciężko pracuję”. Moja tolerancja na cudzą krzywdę bywa widocznie czasem trochę głucha. Inna sprawa, czy w danym przypadku należałoby mówic o krzywdzie, czy raczej o beztrosce.

 

Szklanka mleka to wiele, ale jednocześnie o wiele za mało.

Popieram więc akcję każdego, kto da dzieciom jeść, kto da szansę na naukę, otworzy drogę do nauki i rozwoju. Niekoniecznie poprzez jałmużnę. Albo szklankę mleka (nie ubliżając). I najlepiej nie w formie jednorazowo zorganizowanej akcji, lecz poprzez przemyślane i usystematyzowane czynności, wielokrotnie powtarzalne i niezbywalne.

Da się tak, Szanowni Wysoko Postawieni?