Wreszcie wiosna rozpanoszyła się na dobre. Ulubione przeze mnie lepkie pąki kasztanów zamieniły się w liście, spośród których sterczą białe kwiatostany. Moje magnolie powoli przybierają kolor zielony; płatki kwiatów opadły już na trawę ku radości skorków, tylko kilka spóźnionych pąków jeszcze ubarwia krzaczek na purpurowo-fioletowy kolor.
Ptaki zdzierają gardła chcąc znaleźć partnerkę, albo obwieścić innym, że już się zakochały.
Od czasu do czasu przeleci deszczyk i podleje roślinki (oszczędza mój kręgosłup, bo nie muszę biegać z konewką
), a każda burza jest dobrze widziana. Pioruny dostarczają miłej adrenalinki, a powietrze po burzy jest po prostu boskie. Na koniec przydałaby się jeszcze tęcza. Najlepiej podwójna. I idylla gotowa.
Tak. Wiosna to według mnie najpiękniejsza pora roku. Szkoda jednak, że …
Ponad miesiąc temu obserwowałam przez okno, jak synogarlica (a raczej „synogarlic” – bo to był facet) lata tam i powrotem znosząc w dzióbku co się da – piórka, trawki i inne „śmieci” – materiał na budowę gniazda. Szukał go nawet na moim balkonie. Częstotliwość kursów sugerowała, że gniazdo buduje gdzieś blisko. I faktycznie: upatrzył sobie antenę na balkonie bezpośrednio nad moim.
Wychylając nieco głowę można było zobaczyć, jak w na naprędce uwitym gnieździe, z którego zwisały jeszcze nie wplecione długie źdźbła starej trawy, siedzi – i to szeroko – jego wybranka. Siedzi – i – wysiaduje. On – „pan mąż” zwijał się jak w ukropie, spieszył, aby zbudować dom młodym, zanim wyklują się z jajek. I wbrew naturze wyglądał na mniejszego, niż samica. No tak – w końcu ona – na swój sposób – była właśnie „w ciąży”.
Podsumowując – na balkonie piętro wyżej właśnie tworzyło się życie, i obrazek ten był jak najbardziej we właściwym czasie i na właściwym miejscu. Pomimo anteny.
Niedługo później samiec przestał się kręcić tam i z powrotem. Aż się zdziwiłam. Nie był może najlepszym budowniczym, ale nie posądzałam go, że prace przerwie w połowie.
Po przeprowadzeniu oględzin oraz wywiadu środowiskowego dowiedziałam się, że… właścicielka anteny zadysponowała likwidację gniazda. Przyszedł ktoś i zrobił „porządek”. Po gnieździe nie został ślad. Tylko rozgnieciona skorupka jajka leżąca na trawniku pod balkonem przypominała o tej ptasiej tragedii.
Pytam się więc: DLACZEGO? Czy widok szczęśliwej rodzinki za oknem jest taki straszny? W czym sąsiadce przeszkadzało uwite gniazdo?
Aaaa, no tak, zapewne chodziło o to, co ptaki zostawiają na poręczy: odchody, które czasem trudno zmyć. Fakt. To bywa raczej mało przyjemne. Tyle, że każde żywe stworzenie wydala. Sąsiadka też.
Rozumiem ją nawet – nie „zamawiała” ptasiej rodziny ani nieczystości z nią związanych. W porządku. Jej prawo. W takim razie zapytam: dlaczego TAK PÓŹNO zdecydowała na eksmisję? Najpierw dała im nadzieję, szansę na stworzenie domu i radość oczekiwania na potomstwo. Potem – jedną decyzją, zmiotła z balkonu wszystko, i to cudzymi rękami.
Nieładnie, Pani Sąsiadko! A gdyby Pani Rodzice, po Pani urodzeniu, kiedy zaczęła Pani regularnie zanieczyszczać pieluchy – powiedzieli: „Fuj, ale śmierdzi, trzeba się tego pozbyć!” i oddali Panią do przytułku? I tak byłaby Pani w lepszej sytuacji, niż zawartość rozgniecionej skorupki.
Zanim się podejmie różne decyzje trzeba czasem pomyśleć, jakie konsekwencje z nich wynikają.
W sklepach można często spotkać wywieszki z napisem: “Uprasza się o przemyślane zakupy. Zwrotów nie przyjmujemy”. I jest jasne: zdecydowałeś – kupiłeś – to się teraz ciesz z zakupu.
Wziąłeś do domu psa – zrób wszystko, aby czuł się u Ciebie dobrze. Nie wyrzucaj na ulicę, gdy pogryzie Ci buty albo nasika na środku kanapy.
CZŁOWIEKU – bądź o d p o w i e d z i a l n y i k o n s e k w e n t n y ! Jak coś komuś dajesz – nie zabieraj.
Nie jest ważne, co – dom, nadzieję, miłość, obietnicę, swoje towarzystwo czy cokolwiek innego – skoro podarowałeś, nie żałuj. To była Twoja wolna decyzja. Ze wszystkimi konsekwencjami, które musisz ponieść. Dając coś komuś, dajesz mu tym samym prawa do tego.
Czasem nawet łatwo się wycofać, ale bardzo często nie zauważa się, że konsekwencje ponosi ta druga strona, wcześniej „obdarowana”, a teraz pozbawiona „podarunku”.
Trudno wymagać od synogarlic, aby upomniały się o swoje prawa. Jako istoty słabsze zostały postawione w sytuacji bez wyjścia. Ofiarodawca-oprawca ich los ma raczej „gdzieś”.
„Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera” – mawiały niegdyś dzieci na podwórku.
Nie wierzę w piekło jako takie, ale myślę, że w tym coś powiedzonku jest. Złe uczynki wracają. Czasem nawet zwielokrotnione. Prędzej, lub później. Nie życzę nikomu źle, ale radzę, aby za każdym razem przemyśleć to, co się robi.
W tym konkretnym „ptasim ”przypadku wystarczyło przegonić parkę synogarlic ZANIM zaczęły wić gniazdo. I po problemie.
W sąsiednim bloku, na jednym z balkonów – również na antenie – obserwuję porządnie zbudowane gniazdo, w którym wysiaduje synogarlica. To pewnie inna parka tam zamieszkała. Cieszę się, że właściciele anteny są bardziej wyrozumiali, niż sąsiadka mieszkająca nade mną. I zupełnie nieświadomie podtrzymują moją nadzieję w dobrych i myślących ludzi.